Podchwytliwe gryzaki

czyli w ramach Top for Dog sprawdzamy kości do żucia od Sytej Michy, które ambitnie stworzono dla odkupienia win wszystkich złych psich gryzaków

Czytasz w internecie, że psy muszą gryźć. Że twój pies będzie szczęśliwy jeśli zaspokoi swoją potrzebę żucia. Więc biegniesz do lokalnego “Milusia” i wybierasz z wora białą, gładką kosteczkę zwiniętą słodko w supełki. Albo śmiesznego, karmelowego bucika. IOIOIOIOIO! Błąd. To prawdopodobnie niebezpieczny gryzak.

W internecie, przynajmniej tym angielskojęzycznym, znaleźć można również tysiące grafik ostrzegających przed tzw. “rawhide”, czyli gryzakami z prasowanej skóry, produkowanymi masowo w Chinach. Bo w Stanach cała afera w tej sprawie rozegrała się już parę lat temu, kiedy śledztwo w sprawie trujących, importowanych przysmaków podjęła Agencja Żywności i Leków (FDA). I choć nic konkretnego nie udowodniła, to pod naciskiem konsumentów jeden z największych psich supermarketów, Petco, wycofał ze sprzedaży chińskie produkty. Choć samo śledztwo dotyczyło głównie zawijasków z suszonego mięsa, z półek usunięto wtedy też gryzaki rawhidowe, bo większość pochodzi właśnie z Chin. Pisali o tym nawet w Washington Post!

Jak powstaje taki toksyczny gryzak? To produkt uboczny z garbarni. Ktoś wpadł na to, że odpad z produkcji galanterii skórzanej można zamiast wyrzucać – wykorzystać, przerabiając na kosteczkę czy bucik do gryzienia dla psa. W samej idei wykorzystywania resztek nie ma nic złego – bo przecież tym samym są np. naturalne włochate, królicze uszy czy raciczki, które dajemy do gryzienia psom. Tu chodzi jednak o jakość. A tanie gryzaki rawhide są jej pozbawiane na każdym etapie produkcji.

Przede wszystkim płaty skóry wielokrotnie lądują w kąpieli chemicznej – to jak kąpiel w balii, ale z trucizną zamiast bąbelków z Sephory. Ług i różne wybielacze, oprócz zatrzymania procesu rozkładu, usuwają ze skóry wszelkie ślady tego, że należała ona kiedyś do zwierzęcia. Rozpuszczają sierść, wypalają resztki mięsa i tłuszczu, wybielają naturalny kolor. Tak przetworzone płaty skóry można formować jak ciasto na pierogi – rolować, zwijać, przeplatać. Poszczególne warstwy dodatkowo spaja się klejem, żeby utrzymywały swój kształt. Na koniec mogą być jeszcze podkolorowane barwnikami i spryskane sztucznym aromatem, żeby sprawiały wrażenie “naturalnych”.

Jeśli ciekawi was jak dokładnie wygląda ten proces, polecam wam ten krótki filmik. Z niego dowiecie się jeszcze czegoś – tego, że rawhidowe gryzaki zrobione są najczęściej z jednego, długiego, wielokrotnie pozwijanego kawałka skóry, którym pies może się łatwo zadławić.

Jakie gryzaki są w takim razie bezpieczne dla psa? Możecie, prawie bez pudła, próbować tych naprawdę naturalnych – wspomnianych króliczych uszek, świńskich nosków, penisów wołowych, suszonych jelit. Wybór jest ogromny. Ale choć psy zazwyczaj za nimi szaleją, to niektórym opiekunom ciężko się w nich zakochać. Mają odpychający zapach i mogą się z różnych powodów źle kojarzyć. Ja, choć mięsa nie jem od lat, to mam w domu szafkę wypchaną wszystkimi tego typu specjałami dla psów. Poza króliczymi łapkami – nie mogłabym.

Czy jest więc jakiś happy end tego tekstu? Spokojnie, jest. Można zrobić gryzak z użyciem prasowanej skóry, ale w wersji bezpieczniejszej, przyjaźniejszej psom i wrażliwym opiekunom.

Gdy do testowania dostaliśmy kości do żucia od Sytej Michy, na grupie Top for Dog od razu podniósł się rejwach. Bo te kostki wyglądają naprawdę podobnie do rawhidów, dawno spalonych wśród świadomych psiarzy. Ale równie szybko przyszedł opis procesu produkcji od producenta.

Zacznijmy od tego, że gryzaki Sytej Michy są produkowane w Polsce. A to oznacza, że mamy kontrolę i wgląd w ten proces. Mają też nadany polski numer weterynaryjny. A użyte do produkcji składniki pochodzą w większości są z Unii Europejskiej.

Zamiast kleić skórę w płatach i zwijać w przedziwne kształty jak ciasto na pierogi (co zwiększa potem ryzyko zadławienia), Syta Micha używa jej pod dwoma różnymi postaciami.

Pierwsza jest częściowo zmielona. W takiej formie trafia do nadzienia, a razem z nią różne owoce i warzywa, mięso mięśniowe, witaminy, minerały i inne dodatki. Farsz wygląda trochę jak suszona mielonka.

Nadzienie oblekane jest następnie w pojedynczą warstwę skóry, dla utrzymania kształtu, ale bez klejenia – bo, pod warunkiem że nie została wcześniej wykąpana w chemikaliach, skóra klei się samoistnie, dzięki zawartości kolagenu. Całość uformowana jest „na ścisk” w kształcie kości.

Czyli skóra, jak zresztą zobaczycie po składach, stanowi większość gryzaka – a to nadal odpad rzeźniczy, dlatego tak ważne jest jej pochodzenie.

To już określają przepisy, a konkretnie Wojewódzki Inspektorat Weterynarii (Gdański w przypadku Sytej Michy), który klasyfikuje produkty pochodzenia zwierzęcego w specjalnych kategoriach, odzwierciedlających potencjalny poziom zagrożenia dla zdrowia. Skóra użyta do produkcji kości Sytej Michy kwalifikuje się do kategorii produktów bezpiecznych – pochodzących ze zwierząt nie wykazujących żadnych objawów chorobowych.

Nie jest też poddana obróbce chemicznej, ani sztucznie barwiona. Wystarczy zresztą, że zdacie się na wasz zmysł węchu – te gryzaki capią podobnie jak uszka, jelitka i żwacze! Ale to znaczy, że nie zostały wybielone i wykąpane w ługu. Niech capią.

Syta Micha przygotowała kilka różnych smaków kostek. Składy są proste, bez zbędnych świństw. Niektóre kompozycje mają gotowe nazwy – to oczywiście tylko pewne wskazówki podawania i preferencji smakowych, albo okazji do zastosowania. Na przykład:

– kostka dla niejadków to skóra wołowa (95%), z mięsem z królika (4%) i proszkiem bananowym (1%) – bo który pies nie lubi bananów?
– dla wrażliwców: skóra wołowa (93.75%), z mięsem z indyka (4%), a do tego dodatek jabłka (1%), MOS+FOS czyli probiotyki (1%) i odrobina węgla roślinnego (0.25%), który na pewno znacie z domowego leczenia psich biegunek, a który stosuje się też pomocniczo przy tendencji do wzdęć,
– na wsparcie stawów: skóra wołowa (92%) z mięsem wołowym (4%) i konopiami (2%), z dodatkiem glukozaminy (0.6%) i chondroityny (0.4%), czyli związków, które są ważnym komponentem tkanki chrzęstnej.

Nie przeceniałabym faktycznej wartości prozdrowotnej, bo to w końcu tylko przekąski. Ale zamiast wybielonego, bezwartościowego gluta, macie farsz z prawdziwych składników, okraszony witaminami i minerałami.

Są też smaki niecodzienne, jak skóra wołowa (94%) z jagnięciną (4%), z domieszką kokosa (1%) i kiwi (1%). Ale nasze osobiste hity to:
– kompozycja na piękną sierść: skóra wołowa (89%), z mięsem z łososia (4%), sieminiem lnianym (4%), marchwią (2%) i skórą z łososia (1%) – w którą gryzak jest przyobleczony w odróżnieniu od innych;
– i kość dla szczeniaków i seniorów: skóra wołowa (91.5%), ze skórą z dorsza (4%), z dodatkiem mieszanki witaminowej, penisów wołowych (1%), suszonej gruszki (1%) i koncentratu soku z buraków (0.5%) – ta z kolei w ogóle nie posiada skórowej osłonki, by nie była zbyt trudna w gryzieniu.

Jeśli macie psy o wrażliwych dziąsłach, słabych szczękach, lub takie które niezbyt jeszcze rozumieją o co chodzi z gryzakami do memłania – wybierałabym właśnie te dwie kompozycje.

Czy da się zrobić psi gryzak bez konserwantów, gliceryny, barwników, aromatów? Da. A jak się to robi? To nie magia, to kilkutygodniowy proces suszenia w niskiej temperaturze, który pozwala na wyeliminowanie związków chemicznych, przy zachowaniu wartości składników.

Dla nas ważny jest też skład analityczny: w większości kostek Sytej Michy to białko na poziomie >90% i tłuszcze, ok. 2-3%, a czasem nawet mniej – np. kompozycja zawierająca 95% skóry wołowej, 4% skóry z jelenia i 1% proszku morelowego to tylko 1,3% tłuszczu! Odtłuszczona jest też kość dla szczeniaków i seniorów. Warto zwracać na to uwagę, bo gryzaki, choć są tylko przekąskami, to też wliczają się do dziennego spożycia pokarmu u waszego psa.

Kostki są spore, mają 13,5 cm. I choć Syta Micha opisuje to jako rozmiar uniwersalny, to jednak po 5-kilowej Funi widać, że są dla niej trochę za duże – na początku musimy zawsze je przytrzymywać, żeby dała radę zacząć żuć. Ale potem daje radę. Idealne są moim zdaniem dla Fisi (14 kg), która sama trzyma je sobie w łapkach i ciamka. Dziamga. I memła.

No właśnie – największą zaletą tych kostek, w porównaniu do różnych gryzaków naturalnych, jest dla nas czas żucia. Taka kostka potrafi zająć dziewczynom jakieś 30 minut, a czasem nawet 40–50 minut, w zależności od nastroju. Kostki bez dodatkowej warstwy skóry zeżute są szybciej, w jakieś 15-20 minut. Ale to daje psom i tak mnósto czasu żeby się zrelaksować, wyciszyć, rozładować emocje. Także wystarczająco dużo, żeby coś potrenować – jak Funia, która obecnie ćwiczy brak reakcji na szczekanie, puszczane jej cichutko z YouTube’a, w czym pomaga jej memłanie gryzaka.

A co z ryzykiem zadławienia? Jest naprawdę niewielkie, właściwie takie samo, jak przy naturalnych gryzakach. Jeśli podajecie psu np. skóry z dzika czy jelenia, to technika jedzenia i memłania jest podobna: pies musi rozmiękczyć skórkę partiami, odgryzając pojedyncze kawałki. Przy kostkach bez zewnętrznej warstwy skóry problem zadławienia nią w ogóle znika.

Ale psy są różne. Nie każdy będzie jadł gryzak w taki sam sposób, nie każdy musi mieć w ogóle cierpliwość do gryzienia. Niektóre, sfrustrowane albo pospieszane, mogą próbować połykać samą końcówkę kostki; Fisia robiła tak, kiedy Funia skończyła swoją sesję memłania pierwsza i kręciła się obok niej za blisko w trakcie gryzienia. Dlatego teraz pilnujemy, by miała tyle miejsca i spokoju ile potrzebuje, gdy je taki gryzak. Można też zawsze wymienić końcówkę kostki za parę smaczków, rozdrobnić ją ręcznie i dopiero wtedy oddać psu, albo dodać potem do miski z karmą.

My kostki Sytej Michy serwowaliśmy Fisi i Funi w domu, w knajpie, w ogrodzie na wakacjach, na szlaku nad rzeką. Warto po prostu być przy tym, gdy pies zajada się gryzakiem i odpowiednio zarządząć całą sytuacją. W końcu to my, jako opiekunowie, powinniśmy zapewnić psu bezpieczne i komfortowe warunki do spożywania takiej przekąski.

Jeśli chcecie ich spróbować – użyjcie w sklepie Sytej Michy kodu rabatowego “fisia_ofisial10” żeby dostać 10% zniżki.

Magdalena Kobus • FISIA.PL

Nazywam się Magdalena Kobus, a Fisia i Funia to moje adoptowane kundelki. Na co dzień zajmuję się tworzeniem treści edukacyjnych i strategii komunikacji dla różnych branż, a po godzinach, jako dyplomowana behawiorystka prowadzę instagrama i bloga z poradami dla opiekunów i opiekunek psów.

Zobacz też

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *