W naszym domu nie ma mięsa. Poza 17-kilowym workiem Acany. I słoikiem z króliczymi uszami. I szufladą z ciastkami: ze żwaczami lub wątróbką, do wyboru.

Jeśli tak jak my eliminujecie mięso z diety i zwracacie uwagę na ograniczenie spożycia produktów pochodzenia zwierzęcego – z powodów etycznych lub ze względów ekologicznych – a dzielicie dom z psem… to macie, jak to się mówi, trupa w szafie. Psie żarcie i jego produkcja, ale też dystrybucja, mają katastrofalny wpływ na środowisko. Jeden z badaczy na Uniwersytecie Kalifornijskim (UCLA), Gregory Okin – członek Instytutu Środowiska i Zrównoważonego Rozwoju UCLA oraz wcale nie wegetarianin – w 2017 roku obliczył, że spożywanie mięsa przez udomowione psy i koty powoduje emisję ok. 64 milionów ton dwutlenku węgla do atmosfery rocznie. Czyli tyle samo, co spaliny produkowane przez 13,6 milionów samochodów.

Oczywiście odpowiedzialność za efekt cieplarniany nie leży po stronie naszego kundelka, ale warto mieć świadomość tego, że dieta psów – i cały gigantyczny przemysł z nią związany – również przyczynia się do katastrofy klimatycznej. W tych samych badaniach dla UCLA przeliczono, że gdyby amerykańskie psy i koty utworzyły odrębne państwo, ich Psokotlandia deptałaby po piętach Rosji, Brazylii, USA i Chinom, pod względem ilości spożywanego mięsa – czyli zajęłaby wysokie 5 miejsce w takim światowym rankingu.

Jeśli wierzycie w znaczenie małych gestów, można zróżnicować dietę swojego psa i włączyć do niej alternatywne produkty roślinne – bo jak potwierdzają to liczne badania, psy w procesie udomowienia i tak stały się “fakultatywnymi mięsożercami”. Takim prostym wyborem, którego dokonujemy świadomie, jest np. rezygnacja z psich suplementów w formie olejów z ryb (przełowionych w środowisku naturalnym lub hodowanych w fatalnych warunkach na skalę przemysłową) – na rzecz olejów roślinnych, z wiesiołka czy lnianego.

Co jeszcze? Jeśli chodzi o konieczność skrobania kości i żucia ścięgien – podobno potrzeba 20 minut dziennie, dla stymulacji, pozbycia się kamienia nazębnego, itd. – też można znaleźć alternatywę. My pilnujemy tego, żeby dawać Fisi do żucia produkty pochodzenia zwierzęcego, które są pochodną produkcji mięsa – ale same w sobie byłyby odpadami, gdyby nie “przechwycił” ich przemysł zwierząt domowych: włochate uszy, racice i inne części ciała, których nie znajdziemy na ludzkim talerzu. Albo poroże, naturalnie zrzucone w lesie przez jelenie. Ale Fisia akurat lubi też dziamgać wegetariańsko, bez mięsa – np. ser himalajski. A można też żuć zupełnie na weganie – to właśnie takie gryzaki dostaliśmy od firmy Acana Polska.

Gryzaki Whimzees są produktem wegetariańskim – bezmięsnym, ale też bez zbóż i glutenu, czyli hipoalergicznym. I w zasadzie bezzapachowym, co dla osób wrażliwych na obezwładniający smród żwaczy, może mieć znaczenie. W składzie jest skrobia ziemniaczana, gliceryna warzywna, celuloza w proszku (błonnika), lecytyna, drożdża. Barwione są również naturalnie – wyciągiem z lucerny, papryki lub ekstraktem słodowym. To tzw. gryzaki dentystyczne, czyli produkt stworzony nie tylko po to aby pies mógł się zająć gryzieniem na dłuższy czas, ale też po to aby przy okazji żucia czyścić szpary pomiędzy zębami psa i stymulować krążenie krwi w dziąsłach – tak, aby zapobiegać powstawaniu kamienia nazębnego. Kamień pojawia się na psich zębach częściej niż próchnica, a gdy już się nabuduje – trzeba usuwać go pod narkozą, lepiej więc temu zapobiegać.
Gryzaki są dość twarde, dzięki czemu proces ich zjadania trwa dłużej (pies musi rozmiękczyć je własną śliną). Nieśmiałe pieski jak Fisia faktycznie zabierają się za nie dość długo, ale jak już je napoczną – zjadają całe. Nie bez znaczenia dla nas jest to, że Whimzeesy są też niskotłuszczowe – po zapaleniu woreczka żółciowego u Fisi musimy zwracać uwagę na zawartość tłuszczu w jej diecie. Oznacza to też, że można podawać je psu w miarę często – my szczotkujemy Fisi zęby codziennie, ale średnio raz w tygodniu, z lenistwa, wyręczamy się gryzakiem.

Na rynku są też wegetariańskie przysmaki dla psów. Fisia uwielbia wszystkie mięsne ciastka od Latakity, więc ostatnio kupiliśmy jej ich nowe “superdogi”, te oznaczone naklejką brokuła na opakowaniu. Latakita to mała, rodzinna firma, która słucha potrzeb swoich klientów – jak sami piszą: “Są przypadki, w których nasza filozofia – powyżej 80% mięsa – nie jest odpowiedzią na Wasze potrzeby. Dlatego stworzyliśmy przysmak SUPERDOG VEGAN. Składy będą ewaluowały – jesteśmy otwarci na Wasze sugestie i dość często korzystamy z Waszych doświadczeń, jak długo pokrywają się z opinią naszych zaprzyjaźnionych ekspertów żywieniowych”. Na ten moment ciastka robione są z buraka i marchwi (40% składu) i jabłek, bez konserwantów, za to z dodatkiem pestek dyni, siemienia lnianego i otrębów ryżowych. Fisia nie zgłasza żadnych uwag, po prostu zjada.

Raz, trochę przez przypadek, zamówiliśmy jeszcze przysmaki PAWTATO – to giętkie rurki zrobione z mąki ryżowej, skrobi kukurydzianej, słodkich ziemniaków i gliceryny warzywnej, z dodatkiem sproszkowanych wodorostów. Skład nie jest już taki idealny (konserwanty), choć przynajmniej niskotłuszczowy. Z jakiegoś powodu Fisia szaleje za wodorostami, więc rurki żuła chętnie. Trzeba zjadać je dość szybko, bo pod wpływem otwarcia opakowania i powietrza twardnieją i tracą swoją elastyczną konsystencję.

Wegetariańskie ciastka dla psa można też upiec samodzielnie w domu. W internecie jest mnóstwo przepisów, my polecamy te z bloga mokrenosy.pl prowadzonego przez Kasię Gryglewską (z zawodu weterynarkę i behawiorystkę). Te bezmięsne są często z założenia wymyślone tak, by mogły być jedzone zarówno przez właściciela, jak i psa, np. chleb z ciecierzycy dla ciebie i psa, “grissini” orkiszowe dla całej rodziny, norweski chlebek chrupki knekkebrød na wycieczki z psem; ale przede wszystkim tak aby stanowiły bezpieczny dodatek do regularnej diety psa.

Nie ma wciąż zbyt wielu badań naukowych o długotrwałym wpływie diety wegetariańskiej lub wegańskiej na zdrowie psa, ale już w badaniach przeprowadzonych w Szwecji w 2013 roku stwierdzono na pewno, że psie żołądki produkują enzym zwany amylazą, który bierze udział w trawieniu skrobi znajdującej się w warzywach strączkowych, ziarnach czy ziemniakach. Niektóre psy nie mają wyboru i są na diecie warzywnej ze względu na alergię pokarmową na białko zwierzęce. Na świecie warzywne karmy dla psów popularne są od dawna – pierwsza paczkowana sucha karma wegetariańska, brytyjska Happidog (dziś V-dog), powstała w 1980 roku. W Polsce też można bez problemu kupić tego rodzaju karmy. My na razie zostajemy przy naszej Acanie, ale dopóki Fisia ma na nie ochotę, wprowadzamy wegetariańskie podwieczorki.

Więcej o badaniach na temat wpływu diety zwierząt domowych na środowisko można przeczytać w newsroomie uniwersytetu UCLA (tutaj) lub bezpośrednio u źródła – w czasopiśmie naukowym PLOS ONE (Gregory S. Okin, “Environmental impacts of food consumption by dogs and cats“).

O diecie wegetariańskiej lub wegańskiej u psów można przeczytać więcej w:
– artykule Marie Tae McDermott z 2017 roku, “The Vegan Dog” dla The New York Times albo Wandy McCormick z 2018 roku, “Just because you’re vegan, it doesn’t mean your dog should be” dla Independent – z perspektywy badaczy, weterynarzy i producenów karm;
– w badaniach naukowych, np. tych z 2016 roku dla University of Winchester (Andrew Knight, Madelaine Leitsberger, “Vegetarian versus Meat-Based Diets for Companion Animals“);
– z subiektywnej perspektywy właścicieli psów, którzy przeszli na weganizm np. w artykule blogera The Minimalist Vegan (“What it’s like to raise a vegan dog“).

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *