Każdy, kto dopiero co adoptował psa, zadaje sobie w którymś momencie to samo pytanie: czy mogę spuścić go już ze smyczy? Nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi – ta pewność, że nie ucieknie, zależy od konkretnego psa, od waszej relacji, od tego gdzie miałby biegać wolno i od tysiąca innych czynników. Ale jest szereg rzeczy, które można przećwiczyć, by przygotować siebie i jego do momentu, w którym obdarzymy go wystarczającym zaufaniem, by odpiąć karabińczyk.

Poszczególne elementy treningu opisane poniżej ułożyliśmy, inspirując się radami z naszych ulubionych książek: “Mój pies się nie boi” Nicole Wilde i “Słuchając psa” duetu Wojtków oraz zajęciami z psiego posłuszeństwa, na które chodziliśmy do szkoły Kamiga i Co pies na to. Jeśli wcześniej nie trenowaliście nic ze swoim psem i nie mieliście do czynienia z nauką komend, a poniższe kroki wydają się wam skomplikowane do odtworzenia – wówczas tym bardziej namawiamy do przeczytania którejś z polecanych książek lub zapisanie się do psiej szkoły.

Parę uniwersalnych zasad? Ćwiczenia zawsze po raz pierwszy zaczynamy wykonywać w spokojnym miejscu, przy jak najmniejszych rozproszeniach – czyli najlepiej w domu. To zasada, która dotyczy próbowania czegokolwiek nowego – przy małej ilości dodatkowych bodźców, które mogą rozpraszać uwagę psa, po prostu łatwiej jest mu się skupić, a wtedy łatwiej go czegoś nauczyć.
Dopiero potem można powoli przenosić dane dobrze wypracowane zachowanie czy komendę do innego lub bardziej wymagającego środowiska – można zacząć do drugiego pokoju czy kuchni, potem wyjść np. na korytarz, finalnie na dwór.
Ćwiczymy jeśli psy są w dobrym nastroju, chętne do podjęcia takiego wysiłku. U Fisi ma to ogromne znaczenie, bo często zmaga się z różnymi lękami i jeśli coś na spacerze wybije ją z naszej wypracowanej rutyny, nie będzie w stanie skupić się potem na nauce. Sesje treningowe powinny być krótkie, kilkuminutowe. Można przerywać je zabawą, powtarzać kilka razy – ale najlepiej zakończyć trening w momencie, póki psu wciąż chce się ćwiczyć, nie jest sfrustrowany i dobrze mu idzie. Chcemy uniknąć poczucia zniechęcenia ćwiczeniami.
My przy nauce nowych komend często pracujemy z klikerem, bo pomaga on nam w oznaczaniu oczekiwanych przez nas zachowań oraz pozwala na to by nie trzymać w ręce smaczków (co może rozpraszać psa). O klikerze możecie przeczytać więcej w książce Karen Pryor, “Kliker – skuteczne szkolenie psa”.

A za zdjęcia użyte w tym tekście dziękujemy niezastąpionemu kolektywowi Piesek Warszawski!

Skupienie na właścicielu i nauka imienia

Nauka imienia i reagowania na nie to absolutna podstawa, zwłaszcza jeśli pies będzie się nazywać inaczej niż w schronisku czy domu tymczasowym. U nas to Funia otrzymała nowe imię – zajęło nam ok. 2 tygodni by zaczęła na nie reagować. Ale zanim zaczniemy uczyć psa jak się nazywa, warto popracować nad skupieniem jego uwagi na nas – taką kolejność zaleca w swojej książce Wilde.

Stajemy z psem naprzeciwko siebie (możemy pozwolić mu usiąść) i za każdym razem gdy spojrzy nam w oczy – nagradzamy go. Nie chodzi tu o przedłużony kontakt wzrokowy, ale o “zameldowanie się” u nas przy pomocy spojrzenia. W ten sposób wyrabiamy w psie takie przyzwyczajenie – uczymy go, że warto szukać z nami kontaktu.

Po kilku udanych sesjach wzrokowego meldowania się, pies powinien już rozumieć tę koncepcję. Drugim krokiem będzie więc odezwanie się do niego po imieniu – i nagrodzenie za zaoferowany na to kontakt wzrokowy. Pies ma już przećwiczoną koncepcję meldowania – odwracanie się ku nam i patrzenie w oczy – więc powinien to zrobić chętnie także na zawołanie po imieniu. Tak samo możemy ćwiczyć reagowanie na wybrany niewerbalny sygnał dźwiękowy – cmokanie, kląskanie czy krótki gwizd.

fot. @piesekwarszawski

Targetowanie dłoni

Targetowania nauczyliśmy się na kursie psiego posłuszeństwa w szkole Co pies na to. “Target” to po angielsku po prostu “cel”. Nauczenie targetowania oznacza nauczenie naszego psa by dotknął nosem (lub łapką) wybrany przez nas cel – może to być nasza dłoń, albo dowolny przedmiot.

Targetowanie może mieć wiele zastosowań, ale przede wszystkim potrafi doskonale zaktywizować psa i zmotywować go do podążania za właścicielem na spacerze. To radosne i odblokowujące ćwiczenie, wybijające z marazmu psy, które mają tendencję do zacinania się na jakimś etapie spaceru i stania w miejscu pomimo, że my chcemy iść dalej. Z Fisią stosujemy je przy deszczowej pogodzie, kiedy nie chce zejść z chodnika na mokrą trawę: prosimy ją o dotknięcie nosem naszej dłoni, którą to centymetr po centymetrze przesuwamy coraz to dalej, znad ścieżki na trawnik, wydając wciąż nagrody za każdy krok do przodu.
Targetowanie jest poza tym dla większości psów łatwe i przyjemne w nauce i w wykonaniu. Daje im też dużą dozę sprawczości przy niewielkim nakładzie pracy, co pomaga budować pewność siebie psa. Pomaga odwrócić uwagę od czegoś, co niepokoi naszego psa, a skupić ją zamiast tego na naszej dłoni, która staje się synonimem czegoś znanego i bezpiecznego.

Targetowania uczyliśmy się w prosty sposób: większość psów jest ciekawa otwartej dłoni, ustawionej na wysokości ich pyska (wnętrzem w jego stronę) i naturalnie spróbuje ją powąchać, dotykając jej nosem. Jeśli nasz pies nie zrobi tego sam z siebie, można po prostu pomiędlić najpierw w ręce smaczki i dopiero wtedy spróbować ćwiczenia. Ten moment, gdy psi nos dotknie wnętrza wyciągniętej dłoni, wychwytywaliśmy i nagradzaliśmy, podając nagrodę z tej samej ręki która była targetem (“wrzucając” na otwartą dłoń smaczek). Stopniowo do gestu dodaliśmy komendę “nos”. Trenowaliśmy także targetowanie w ruchu – jak przy deszczowej pogodzie – czyli prośbę o dotknięcie naszej dłoni gdy “ucieka”, przesuwając się o parę kroków do przodu.

fot. @piesekwarszawski

Komenda “idziemy”

Tej komendy używamy w kilku sytuacjach. Jedną z nich jest przechodzenie przez ulicę (wymiennie z komendą “stop”, jeśli akurat czekamy na światłach) i ten wariant trenowaliśmy w szkole Kamiga na zajęciach z posłuszeństwa. “Idziemy” stosujemy też na spacerach, by zasygnalizować psu, że teraz kontynuujemy marsz, niezależnie od tego co akurat dzieje się koło nas. “Idziemy” niekoniecznie musi oznaczać pójście na przód – może też być sygnałem do odwrotu czy zmiany kierunku spaceru. Chodzi tu raczej o zasygnalizowanie psu by skupił się, zaufał nam i podążył teraz tam, gdzie go poprowadzimy. Dobrze wypracowana komenda “idziemy” sprawdzi się więc w mijaniu innych psów, unikaniu rozproszeń takich jak stado gołębi, lub bodźców które u naszego psa wywołują lęk.

Nauka tej komendy brzmi dość prosto – naprowadzamy psa smaczkiem, trzymanym w jednej ręce na wysokości psiego pyszczka, na kontynuację marszu przy naszej nodze, dzięki czemu powinno udać się nam odwrócić jego uwagę od potencjalnego bodźca. Potem do ćwiczenia dodajemy wybraną komendę słowną (idziemy, chodź, dalej). Po jakimś czasie pies powinien rozumieć ją i kontynuować marsz nawet na luźnej smyczy, bez konieczności używania smakołyka. Wilde opisuje w swojej książce kilka wariantów tego ćwiczenia – przećwiczenie odchodzenia w różnych kierunkach, nie tylko do przodu. Odwrócenie się o 180 stopni jest najtrudniejsze, więc zaleca zostawić jego naukę na sam koniec.

Choć komenda będzie używana tylko na dworze, taki trening tak samo jak inne zaczynamy i tak w mieszkaniu, przy jak najmniejszej ilości rozproszeń. Bo choć brzmi prosto, to wcale nie jest to łatwe w praktyce, gdy już mierzymy się z prawdziwymi rozproszeniami, których nie kontrolujemy. Gdy komendę przeniesiemy już na zewnątrz, nie trenujemy jej od razu przy czymś, na co nasz pies i tak na pewno zareaguje szczekaniem, podbiegnięciem czy strachem. Ćwiczymy gdy park jest pusty, stopniowo zwiększając nasilenie rozproszeń. Możemy wykorzystać w treningu także prośbę o skupienie i targetowanie dłonią.

fot. @piesekwarszawski

Zabawy w chowanego i berka

Duet Wojtków w swojej książce poleca rozwinięcie naui podążania poprzez zabawę – w takim treningu można wykorzystać dwie popularne dziecięce gry, w chowanego i berka, trzymając psa na dłuższej lince. W obu przypadkach pies powinien być już po nauce reagowania na imię lub sygnał niewerbalny – zabawa w terenie będzie służyć wzmocnieniu tych umiejętności.

Znana wszystkim zabawa w berka w wersji psiej polega na tym, by w trakcie spaceru na lince nagle zmienić kierunek maszerowania. Uwagę psa można wtedy skupić na sobie wołając go po imieniu lub cmokając czy gwiżdżąc, zachęcając go do podejścia z podekscytowaniem. Pies powinien w naturalny sposób podążyć wówczas za nami, za co należy go nagrodzić i pójść razem, w nowo obranym kierunku. Zabawę można urozmaicić wykorzystaniem targetu dłoni.

Z kolei zabawa w psiego chowanego ma za zadanie wzmocnić więź między psem a właścicielem, wykorzystując umiejętność tropienia. Do przeprowadzenia takiego ćwiczenia potrzebne będą dwie osoby – podczas gdy jedna odwraca uwagę psa, druga chowa się gdzieś niedaleko, za drzewem czy ławką. Wówczas zachęcamy psa do szukania “zaginionego” właściciela i nagradzamy za jego odnalezienie.

fot. @piesekwarszawski

Nauka przywołania

Nauka bezwzględnego przychodzenia na komendę to perła w koronie bezpiecznych spacerów. I w naszym odczuciu jedna z najtrudniejszych rzeczy do nauczenia psa, bo mamy wrażenie że wciąż i wciąż uczymy się jej na nowo. Przywołanie, przywołanie awaryjne, odwołanie – jakkolwiek to nazywają, z Fisią przerabialiśmy to już kilkukrotnie. Podstawy samodzielnie – nie wyszło; potem powtórka w Kamidze; dalej dużo internetowego researchu; a ostatnie szlify w Co pies na to. I wciąż ćwiczymy przy każdej możliwej okazji. A już zaraz zaczniemy trenować przywołanie i z Funią.

Żeby zabrać się za naukę przywołania potrzeba konsekwencji, cierpliwości, motywacji, tysiąca powtórzeń i solidnego planu treningowego. Ten poniżej, na podstawie dotychczasowych doświadczeń i polecanych wcześniej książek, przygotowałam na zaliczenie jednego z etapów kursu “Podstawy wiedzy o zachowaniu, żywieniu, wychowaniu i opiece nad psem” w COAPE Polska Ale to tylko teoria, dopasowana pod Fisię. W praktyce trzeba myśleć o konkretnych predyspozycjach, ale i słabościach swojego psa i dopasowywać poszczególne kroki treningu pod niego.

fot. @piesekwarszawski

Jakie są podstawowe zasady naszego treningu przywołania?

Na początku trenujemy tylko i wyłącznie z użyciem linki (czyli dłuższej smyczy, 5–10 metrowej). W ten sposób, nawet w przypadku braku reakcji psa na przywołanie, mamy możliwość lekko przyciągnąć go do siebie. A to daje nam 100% gwarancję, że po wydanej komendzie zawsze będzie następować oczekiwane zachowanie: powrót do właściciela. Nawet jeśli trochę w tym pomożemy, liczy się.

W treningu wykorzystujemy najcenniejszy rodzaj nagrody: śmierdzące (a dla Fisi pachnące), maziste, mięsne żarcie. To coś, za co dałaby się pokroić. Ale dla innych psów mogą to być np. suszone szprotki, gotowane podroby, parówki. A dla jeszcze innych – piłka lub szarpak. Wybranie tak atrakcyjnej nagrody będzie nie tylko samą w sobie gratyfikacją, ale zapewni wysoką motywację psa do pracy przy treningu.

Zwracamy uwagę na ton naszego głosu. Przywołując psa robimy to żywo, z energią i podekscytowaniem. A nagradzając za poprawne wykonanie komendy okazujemy radość i uwagę, budując jak najbardziej pozytywne skojarzenie z powrotem.

Komenda którą wybraliśmy na przywołujące słowo-klucz, jest święta. To znaczy, że nie używamy jej na co dzień, w sytuacjach innych niż trening, dopóki nie mamy pewności, że pies rozumie konsekwencje jej użycia. My w ten sposób spaliliśmy komendę “do mnie”, próbując na zbyt wczesnym etapie nauki użyć jej do odwołania Fisi od kaczek, rowerzystów, innych psów. Nie słuchała jej, bo nie mieliśmy tych sytuacji przećwiczonych w kontekście komendy i treningu. A gdy już utrwaliła sobie, że można jej nie słuchać – cała nauka poszła w las. Musieliśmy zmienić komendę na nową (“wracaj”) i rozpocząć naukę od początku.

I wreszcie, pamiętamy o tym by po udanym powrocie, po chwili, zwolnić psa z obowiązku przebywania przy nas przy użyciu naszej standardowej komendy zwalniającej. Dzięki temu uczymy psa nie tylko tego, by wracał na sygnał, ale też by pozostał przy nas, zamiast natychmiast odbiegać.

fot. @piesekwarszawski

Schematem treningu, który do znudzenia powtarzamy we wszystkich jego scenariuszach jest:

  • użycie komendy przywołującej, przy jednoczesnym zasugerowaniu mową ciała dynamiki i “kierunku” sytuacji (obrócenie się tułowiem w tył lub zrobienie szybko dwóch kroków do tyłu),
  • danie psu sekundy na reakcję i zastosowanie do komendy, czyli powrót do nas,
  • nagrodzenie za poprawne wykonanie komendy. Hip hip hurra!

ALBO…

  • w przypadku braku reakcji na pierwszą komendę – powtórne wydanie komendy,
  • nagrodzenie za poprawne wykonanie komendy. Hip hip hurra!

LUB

  • w przypadku ponownego braku reakcji – lekkie ściągnięcie linki w efekcie czego pies powraca i tym samym, chcąc nie chcąc, wykonuje komendę,
  • można więc nagrodzić psa za wykonanie komendy. Hip hip hurra!

Zarówno w przypadku oczekiwanej reakcji psa i samodzielnego powrotu na zawołanie, jak też w przypadku braku reakcji (skutkującym ściągnięciem linki) – następuje nagrodzenie w momencie gdy pies jest już na oczekiwanej pozycji przy nodze. To ważne, bo pokazuje psu, że zawsze, ale to zawsze opłaca się do nas wrócić: bo dostanie smakołyk, bo będziemy się cieszyć, bo hip hip hurra!

fot. @piesekwarszawski

Wymyślając scenariusze do trenowania, zawsze przyjmujcie schemat: od najprostszego do trudniejszego, jak najmniejszymi krokami.

Pierwszym, najprostszym i uniwersalnym scenariuszem dla zaproponowanego schematu nauki, byłby jak zawsze trening w domu. Można zacząć od ćwiczenia w jednym pokoju, potem wykorzystać np. całą długość korytarza czy przedpokoju. Zapewne przywołanie na lince w takich warunkach będzie dla psa bardzo proste i szybko będziemy chcieli utrudnić ćwiczenia. Tymczasem lepiej popracować jak najdłużej na niskim poziomie trudności, tak by pies nabrał maksymalnej pewności siebie w powracaniu do nas i by ćwiczony schemat stał się dla niego odruchem.

Gdy już wyjdziemy z treningiem na dwór, znowu wybierajmy do ćwiczeń takie momenty, gdy jesteśmy w parku z psem sami, bez dodatkowych rozproszeń (bawiących się dzieci, rowerów, spacerowiczów, innych zwierząt). Wydaje się to trudne, ale zawsze da się taki moment wyłapać. Nawet bez tych nadprogramowych bodźców, na zewnątrz rozproszeń jest i tak wystarczająco dużo – głównie zapachowych.

Na kolejnym etapie możemy zdecydować się na ćwiczenie przy wprowadzeniu bodźców. Warto zacząć trening od rozproszeń, które wcale nie są dla naszego psa aż tak trudne – dzięki temu łatwo wzmocnimy go w udanych próbach i powtórzeniach. Czyli jeśli nasz pies ignoruje gołębie, ale poluje na hulajnogi – spróbujmy najpierw ćwiczyć przy stadzie ptaków. Niezależnie od tego, czy trudnym rozproszeniem są dla was inne psy, ptactwo, ścieżka rowerowa w oddali, boisko do koszykówki, piłeczka innego psa – staramy się wprowadzać po jednym rozproszeniu, powoli, stopniowo. Jeśli dla waszego psa bodźcem potrafią być intensywne zapachy pojawiające się co krok – spróbujcie poćwiczyć na tych samych zasadach w lesie.

Jeszcze innym scenariuszem będzie ćwiczenie w dwie osoby – jedna może mieć przy sobie jedzenie, kusić psa piłeczką czy szarpakiem, a druga próbować odwołać psa od tej osoby i danej interakcji. Takie ćwiczenie również wprowadzamy stopniowo – najpierw jedynie pokazując zabawkę czy smaczki i wtedy odwołując psa, potem faktycznie odwołując w trakcie szarpania się zabawką lub w trakcie podjadania smaczków. Po prawidłowym odwołaniu od zabawki warto też zaoferować ją psu do zabawy w przerwie treningowej – by pokazać, że rezygnacja z danej rzeczy w jednym momencie nie musi oznaczać całkowitej jej utraty.

fot. @piesekwarszawski

W ćwiczeniach zawsze wymieniamy się rolami i rekwizytami, remiksując scenariusze tak, by nie nauczyć psa jednego tylko wariantu przywołania: bodziec – bieg po nagrodę – ponowne oddalenie się. W ten sposób może on tylko pozorować przywołanie, a tak naprawdę bez większego zrozumienia będzie tylko powtarzać zauważony przez siebie schemat. Warto więc zaskakiwać psa w treningu kolejnymi posunięciami jak w szachach.

Dobrym pomysłem jest też okazjonalne cofnięcie się do poprzedniego etapu treningu w ramach jednej serii – czyli po wykonaniu ćwiczenia na trudniejszym etapie (np. przy większym rozproszeniu), warto i tak wrócić raz na jakiś czas do prostszego scenariusza. Dzięki temu umacniamy psa w jego poczuciu sukcesu i pewności siebie w wykonywaniu ćwiczenia, jednoczenie podtrzymując jego motywację.

To samo rozwiązanie – krok w tył – stosujemy naturalnie za każdym razem gdy pies nie radzi sobie z kolejnym, trudniejszym etapem ćwiczenia, co też może powodować u niego frustrację. Wtedy w pierwszej kolejności stosujemy obniżenie oczekiwań u siebie. Być może dany etap wymaga większej ilości powtórzeń lub rozbicia na mniejsze, prostsze etapy.

Jeśli pies wciąż za szybko się nudzi i rozprasza, dekoncentruje – można spróbować kilku rzeczy:
– użyć innego rodzaju nagrody: bardziej atrakcyjnego jedzenia (np. surowego mięsa lub bardziej wonnych przysmaków – żwaczy, płucek, albo psiego fast fooda którego nie ma na co dzień – parówek);
– skrócić długość sesji, ale zwiększyć ilość powtórzeń danego etapu;
– lepiej planować sesje odpoczynkowe pomiędzy ćwiczeniami – spróbować zabawy szarpakiem lub puszczenia psa wolno by przewąchał teren.

Dopiero po wielokrotnym przećwiczeniu wszystkich powyższych scenariuszy wraz z modyfikacjami, tyle razy by mieć pewność że powrót zakodowany jest w głowie psa bezwzględnie, rezygnujemy z użycia
linki. Podobnie jak z początkiem treningów na lince, tak samo tutaj – znowu robimy mentalny krok w tył, obniżamy nasze oczekiwania i rozpoczynamy od przywołania psa w sytuacjach nieskomplikowanych, gdy nie jest zbyt rozproszony. Tym razem, bez linki, nie będziemy mieć możliwości naprowadzenia psa z powrotem w swoim kierunku, więc tym bardziej powinno zależeć nam na precyzyjnej pracy nad doszlifowaniem komendy.

Po takim powtórzeniu całej sekwencji treningowej bez linki – wykonanym z sukcesem – uznajemy cały plan treningowy za wypełniony. Możemy wtedy zacząć stopniowe, losowe wycofywanie nagród “rzeczowych” – np. na rzecz podawania raz na jakiś czas smaczków o obniżonej wartości, ostatecznie redukując nagradzanie do jak największej ilości pochwał słownych; ale losowo i tak nagradzając psa za powrót smakołykiem.

Czy udało nam się wypracować z naszymi psami niezawodne przywołanie? Wstyd przyznać, ale nie. Funia dopiero zaczyna uczyć się reagowania na imię, podpatruje komendę “idziemy” i targetowanie u Fisi. Nauka przywołania na dworze przed nią, choć robimy już do niej pierwsze przymiarki. A z Fisią wciąż miewamy wpadki – zdarzyło nam się przegrać walkę o jej uwagę z wiewiórkami, z rozsypanym na ziemi jedzeniem, a stada gołębi i wron pokonują nas regularnie. Cóż, nie poddajemy się, ćwiczymy dalej.

fot. @piesekwarszawski

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *